Piekarska Legenda – “Gorączka Złota”
Dodano: 31.10.2016 Autor: maciejjedrusik
Szanowni Państwo, zapraszamy do zapoznania się z legendą o przedwojennych Piekarach Śląskich. Przenieśmy się do 1935 roku, kiedy to na zboczach Cerekwicy rozgorzała prawdziwa gorączka złota…
•
W 1935 roku Piekary wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Nie było jeszcze bloków z wielkiej płyty ani ekranów akustycznych. Były za to kopalnie węgla, cynku i ołowiu, familoki, Kopiec Wyzwolenia jeszcze w budowie, no i bazylika Matki Boskiej Piekarskiej. A nad tym wszystkim górowała Kalwaria na Cerekwicy.
Trzeba wam wiedzieć, że Cerekwica to wzgórze święte i trochę tajemnicze, jak to na Śląsku bywa; tutaj to nie jest nic nadzwyczajnego, że ktoś rano zmówi pacierz, a wieczorem będzie słuchać historii o utopcach, skarbach i duchach. No, ale ta nasza historia jest jeszcze lepsza, bo prawdziwa.
Słuchajcie, jak było. Tamtego przedwojennego lata bieda trzymała ludzi za kark. Wielki kryzys niby już się kończył, ale roboty dalej brakowało. Kto miał szczęście, łapał się robót gminnych – kopania rowów, budowy dróg koło Kalwarii. Płacili marnie, ale zawsze lepsze to niż siedzieć z założonymi rękami, nie? Ślązoki tak nie umieją.
Właśnie do takiej roboty najął się niejaki Henryk Piech. Cichy był z niego chłop. Ani pijak, ani awanturnik, broń Boże. Ludzie, jak ich później policja o tego Piecha pytała, to mówili:
— Piech? Jakby go kto zamknął w szafie na tydzień, to po wyjściu jeszcze by przeprosił za kłopot.
Ale pod koniec czerwca zdarzyło się coś dziwnego. Pewnego dnia Piech razem z dozorcą robót, Wilhelmem Szwarcem, i jeszcze jednym takim Lebkiem, gdzieś nagle przepadli.
— Gdzie oni są? — zapytał ktoś w końcu.
— Pewnie starego coś zjedli i morzy ich na stronie — ktoś inny na to powiedział i wszyscy się zaczęli śmiać, jakby było z czego.
W końcu któryś z robotników poszedł szukać dozorcy, i zaszedł aż na drugą stronę Cerekwicy. A tam zobaczył dół. Nie jakiś tam dołek, porządną dziurę! Świeżo wykopana ziemia leżała rozrzucona naokoło, jakby coś w pośpiechu stąd wyciągnięto. Splunął i mruknął:
— A to ci dopiero… — i zawołał resztę chłopaków.
Nie wiadomo, kto pierwszy powiedział słowo „skarb”. Ale to wystarczyło, bo plotka w przedwojennych Piekarach była szybsza od wiatru. Świeżo tego samego wieczoru w gospodzie opowiadano, że Piech ze Szwarcem wykopali pod Cerekwicą skrzynię pełną złota. Następnego dnia skrzynie były już dwie. Trzeciego dnia ktoś przysięgał na własną matkę, że widział u Szwarca niemieckie monety wielkości talerzyków deserowych, ale na to już nikt się nie nabrał.
Gadali za to ludzie rozmaite rzeczy:
— To pruskie złoto!
— Gdzie tam pruskie, po powstaniach!
— Głupoty godocie. Dyć to kościelne.
— A jo wom godom, że po Francuzach jeszcze!
Jak zawsze, każdy wiedział najlepiej. Sto tysięcy niemieckich marek było w skrzyni! Nie, nieprawda, trzysta! Trzysta tysięcy! Jakie trzysta, najwyżej trzydzieści!
Policja wypytała wszystkich, ale niczego się właściwie nie dowiedziała. U Szwarca znaleźli kilka złotych monet, Piech nie miał żadnych, bo je ponoć wymienił w banku na polskie złote. Gazety podchwyciły temat. Jedni twierdzili, że Piech wszystko ukrył. Inni, że ma wspólników. Jeszcze inni, że nocą przyjechał jakiś bogaty kupiec z Sosnowca i wywiózł skrzynię furmanką.

I wtedy w Piekarach wybuchła gorączka złota. Ludzie kopali jak krety, wszędzie. Najpierw po cichu. Potem już całkiem otwarcie. Całe rodziny chodziły na Cerekwicę z łopatami, dzieci dłubały kijami w ziemi, bezrobotni porzucali dorywcze prace – po co harować za grosze, skoro pod samym nosem może leżeć majątek?
Potem przyszedł odpust u Matki Boskiej Piekarskiej i do Piekar, jak co roku, zeszły się tysiące pielgrzymów. Część wiernych, zamiast skupić się na modlitwie, rozglądała się chytrze po zboczach Kalwarii. Powiadali nawet, że jedna baba z Bytomia przyjechała z różańcem w jednej ręce i szpadlem w drugiej. Pielgrzymi też kopali, a jak!
Pojawili się też jasnowidzący. Jeden magik z Katowic miał ponoć narysować plan, gdzie leży reszta złota. Plan wyglądał tak, jakby stado perliczek biegało po rozlanym atramencie, ale chętnych do kopania nie brakowało. Najbardziej zadowoleni z tego wszystkiego byli chyba tylko handlarze łopat. Jeden cwaniak podobno w trzy dni sprzedał więcej niż przez ostatnie pół roku.
A co się stało z Piechem? Ten miał najgorzej ze wszystkich. Jeszcze miesiąc wcześniej był dla wszystkich zwykłym Heńkiem, a teraz ludzie zaczepiali go na ulicy, błagali, płakali, straszyli, grozili – żeby choć jedną monetą się z nimi podzielił. Kiedy mówił, że nic nie ma i żeby dali spokój, nikt już mu nie wierzył; kiedy milczał, jeszcze bardziej byli pewni, że coś ukrywa. A patrzyli na niego tak, jakby sam okradł połowę Piekar.
Po jakimś czasie emocje opadły. Ludzie wrócili do swoich spraw. Piekary miały ważniejsze rzeczy do roboty niż ganianie za bajkami o złocie. A gdy po paru latach wybuchła wojna, to już nikt nie szukał skarbu na Cerekwicy.
I tak naprawdę nigdy do końca nie wyjaśniono, co się wtedy stało pod Kalwarią. Jedni do końca życia przysięgali, że to był rzeczywiście wielki skarb, i że Piech, Lebek i Szwarc pochowali to całe złoto gdzieś daleko. I że w ogóle w Piekarach wszędzie tego pełno, na pewno ktoś by się w końcu dokopał, gdyby mógł… Inni znów mówili, że to nic wielkiego, tylko wymysły i plotki.
Jak było, pewnie nigdy się nie dowiemy. Ale sama historia została, raz na jakiś czas ktoś ją przypomina. Nie dlatego, że ktoś na Cerekwicy rzeczywiście znalazł złoto. Ta opowieść jest zupełnie o czym innym – o nadziei na niemal magiczną odmianę losu. Tak to jest, czasem wystarczy kilka złotych monet, jedna plotka i trochę wyobraźni, żeby miasto, zbudowane na ciężkiej pracy i rozsądku, zaczęło żyć własną legendą.
Autor: Joanna Kiszkis
Ilustracja: Paweł Hudeczek



